Dostrajanie

Kiedy byłam małym śpikiem, do naszego domu przychodził pan, który raz na jakiś czas stroił pianino. Pana nie pamiętam, ale pamiętam, że pianino nie mogło wydawać z siebie fałszu. Mój tato ma doskonałe ucho i niesamowitą łatwość powielania tego, co usłyszy. Ja niestety takiej zdolności nie mam i naukę gry na pianinie okupić musiałam dwoma klasami fortepianu w szkole muzycznej i godzinami ćwiczeń palcówek.
Nie można tu pominąć mojej Pani profesor. Kiedy ją wspominam widzę złote pierścionki na jej dłoniach. Dużo pierścionków z dużymi oczkami. I jedno słowo wypowiadane często podczas lekcji – Agata, nadgarstek!

Biorąc pod uwagę intensywność i siłę z jaką te moje brzdęki powoływałam do życia, strojenie było bardzo ważną czynnością. Gdyby nie to, menuet G-dur Bacha brzmiałby jak 'Sto lat’ nad ranem, na suto zakrapianej imprezie.

Strojenie to podstawa. Z gitarą też tak jest.

Teraz moja gitara leży sobie na mojej kanapie w salonie i odstrasza psy. No bo, oczywistym jest, że kanapa jest moja. I jest biała więc ktoś musi jej pilnować, kiedy ja pląsam przez życie. Kanapy pilnuje więc rozstrojona gitara. 

Z tym dostrajaniem to jest tak, że wszystko tego wymaga. Instrumenty, fale radiowe, relacje. By była harmonia potrzeba dostrojenia. 

Właśnie przyszedł do mnie ten Pan od fortepianu i w mojej głowie dostraja moje życie.
Często, kiedy wydaje się nam, że nastroimy wszystko i każdy element naszego życia wybrzmiewa bez fałszu, przychodzi nowa linia melodyczna, którą trzeba dopieścić lub luzują się struny, które musimy dokręcić, by zamiast wspomnianego menueta nie wyszła piosenka mojego dziadka – Szła maniana raz pijana …. Znacie to? Czasami, kiedy bardzo późno wracał z 'pracy’ i był bardzo zmęczony śpiewał to, budząc wszystkich domowników, włączając w to księżniczkę, która spała w wielkim łożu pod najprawdziwszą pierzyną, a którą byłam ja. Dlatego znam każde słowo tej przyśpiewki i bez strojenia mogę ją zanucić.

Dostrajanie trwa. Lisia Nora miała być miejscem ciszy. Miejscem, do którego przyjeżdża się po oddech, po las, po śpiew ptaków i długie spacery z psem. Tymczasem świat wokół zaczął się zmieniać. Coraz bardziej. Coraz głośniej.

Przez chwilę wydawało mi się, że skoro zmienia się świat, to kończy się również mój świat. Dzisiaj wiem, że to nieprawda, kończy się tylko moje wyobrażenie o nim. A to ogromna różnica.

Przez wiele lat myślałam, że siłą jest walczyć o to, żeby wszystko zostało takie, jak sobie zaplanowałam. Dzisiaj coraz częściej myślę, że prawdziwą siłą jest umieć dostroić się do życia. Nie poddać się, nie zrezygnować. Właśnie dostroić.

Każdego dnia patrzę na moje psy, one są dla mnie wspaniałymi nauczycielami życia. Nie obrażają się na deszcz, nie mają pretensji do wiatru, nie zastanawiają się, dlaczego ścieżka wygląda inaczej niż wczoraj. Po prostu idą dalej, wykorzystując to, co przynosi im dzień.

My, mamy z tym znacznie większy problem. Patrzymy na to, czego nam brakuje. Na to, czego nie udało się osiągnąć. Na kolejne szczyty, gwiazdkę Michelin, nagrodę literacką, wygraną w konkursie. Perfekcyjny dom, perfekcyjne życie i perfekcyjnego siebie. A perfekcjonizm jest bardzo przebiegły. Tak długo przekonuje nas, że jeszcze nie jesteśmy gotowi, aż przestajemy zauważać to, co już mamy.


Ja też przez lata nie zauważałam. Nie widziałam, że największym moim kapitałem nie jest budynek Lisiej Nory. Nie są nim nawet psy. Są nim historie. Te, które wydarzyły się przez prawie trzydzieści lat życia z chartami. Te zapisane w pamięci, te opowiedziane przy wspólnym stole i te, które od zawsze próbowałam ubierać w słowa.

To zabawne, bo kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, wypracowania bardzo często pisał ze mną tata. Był w tym bardzo dobry, w przeciwieństwie do mnie. Może właśnie po nim odziedziczyłam tę łatwość opowiadania historii. Może wtedy jeszcze nie był na nią czas. Dzisiaj już jest.


Kilka dni temu ktoś powiedział mi, że nie tworzę eBooków. Tworzę bibliotekę. Uśmiechnęłam się. Bo jedno słowo potrafi zmienić sposób myślenia. Tak samo jak jedno wydarzenie potrafi zmienić całe życie. Nie wiem jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie ta nowa droga. Wiem tylko, że nie chcę już gonić za tym, czego nie mam. Chcę nauczyć się lepiej wykorzystywać to, co już dostałam.


Może właśnie na tym polega dostrajanie się do życia. Nie na zdobywaniu kolejnych szczytów. Na dostrzeżeniu, że czasami największy skarb od dawna leży na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj wiem jedno – nie chcę walczyć z życiem, chcę się do niego dostroić.

I mam cichą nadzieję, że zabierzecie się ze mną w tę drogę.



Od kilku dni w mojej głowie wybrzmiewają słowa piosenki Simply Red – Everytime we say good bye …. Kiedyś ta piosenka była dla mnie tylko melodią, dziś słowa idealnie wklejają się w to, co czuję. Bo przecież nie żegnamy tylko ludzi. Żegnamy miejsca, które miały wyglądać inaczej, marzenia, które nie zdążyły się spełnić i plany, które nasze życia piszą wciąż od nowa. Żegnamy wyobrażenia, które nie pasują już do naszej rzeczywistości. Dostrajamy ….


…there’s no love song finer
But how strange the change
From major to minor
Every time we say good bye… 

Cole Porter