Gotuję tak, jak żyję

Jako młoda żona uczyłam się gotować. Przykładnie mapowałam części świnek, krówek i innych zwierzątek na ścienne tablice, by wiedzieć, co kupuję. Przynosiłam do domu przeróżne składniki, by poczuć smaki. Moje babcie skutecznie zaszczepiły we mnie miłość do kuchennych wygibasów.


W siedlisku od początku gotowałam tak, jakby każdy posiłek miał być świętem. I między nami, każdy dzień mojego nowego życia solo był coraz większym świętem, choć wtedy zupełnie tego nie dostrzegałam. Tworzyłam Lisią Norę i najzwyczajniej chciałam, żeby było pięknie i spokojnie. W końcu.


Chciałam żeby stół był dopracowany, a trawa pod nim skoszona. Chciałam, żeby jedzenie było wydarzeniem.
I było. Przyjeżdżali goście. Posiłki przy stole przeciągały się w fajowe rozmowy. Psy krążyły między nogami, konie zaglądały w talerze. Ktoś poprosił o dokładkę, ktoś nalewał wina. Wtedy czułam, że kuchnia zachwyca, że jest jak scena — dopracowana, smaczna i pełna emocji.

Potem gości było coraz więcej. A ja — choć nadal kochałam gotować — zaczęłam czuć zmęczenie. Zrozumiałam, że jeśli kuchnia ma być sercem, to nie może być wyłącznie spektaklem. Musi być prawdziwa.

Dziś gotuję inaczej. Dalej zależy mi na smaku. Dalej chcę, żeby było domowo, zdrowo i pięknie, bo przecież jemy wszystkimi zmysłami. Smak to jedno. Ale jest jeszcze zapach, który wita w progu. Jest ciepło bijące od garnka. Jest kolor zupy na talerzu. Jest dźwięk bijących się sztućcy. Jest cisza, w której ktoś bierze pierwszy kęs.

Gotuję tak, jak żyję — intensywnie, kiedy mam siłę. Prosto, kiedy jej nie mam. Z rozmachem, gdy przyjeżdżają goście, których kocham. Spokojnie, kiedy jesteśmy tylko my i psy.

Bo kuchnia to nie tylko przepis. To pamięć.

Moje gotowanie i książeczka 'O Radości Gotowania’ powstała właśnie z tej pamięci. Z zapachu dzieciństwa. Z wróbelków zawijanych w plastry boczku, o których opowiadał tato. Ze słodkawej czerniny, która dla jednych jest egzotyką, a dla mnie jest historią rodzinnych smaków. Z prostych dań, które nie miały w sobie nic spektakularnego, a jednak miały wszystko.

Chcę, żeby w nowej odsłonie ta książeczka była większa. Pełniejsza.

Chcę ją poszerzyć o inne teksty z dzieciństwa. O opowieści, które pachną spiżarnią, drewnianą łyżką i mokrą ziemią po deszczu. O smaki, które zostały ze mną na zawsze. O te wszystkie drobne obrazy, które wracają, kiedy mieszam w garnku i nagle czuję, że coś było już kiedyś dokładnie takie samo. I o Lisią Norę, która już teraz jest kawałkiem mojego życia i serca.

Bo gotowanie to dla mnie nie moda. To nie trend. To nie popis.

To ciągłość. To most między tym, kim byłam jako dziewczynka stojąca na stołku przy kuchennym blacie, a tym, kim jestem dziś — kobietą, która wie, że dom buduje się z zapachów, smaków, z rozmów i z cierpliwości.

Jeśli więc pytacie mnie, jak gotuję — odpowiadam: tak, jak żyję.

Z sercem. Z pamięcią. Z uważnością.

I z wdzięcznością za to, że mogę karmić — nie tylko talerze, ale i wspomnienia.